Impresariat

Łukasz Krupiński. Poezja i dramat. Sfera sacrum w Warszawie

Christopher Axworthy

 

Marzec 2021 roku jest czasem szczególnym z uwagi na 25. jubileuszową edycję Wielkanocnego Festiwalu Ludwiga van Beethovena, podczas której uczczona zostanie również pamięć wielkiego polskiego kompozytora, Krzysztofa Pendereckiego. Wiodące instytucje kulturalne, międzynarodowi artyści, bliscy przyjaciele Maestro i Elżbiety Pendereckiej, artyści związani z Impresariatem, wszyscy pracownicy Stowarzyszenia im. Ludwiga van Beethovena pragną złożyć hołd temu niezwykłemu kompozytorowi, dyrygentowi, wielkiemu człowiekowi.

W otwierającym recital Preludium b-moll Bacha, Łukasz Krupiński zaprezentował znakomitą grę, piękne, klarowne brzmienie, wywołujące poczucie tęsknoty. Wspaniały utwór wyróżniał się płynnością, architektonicznym kształtem i zjawiskowo piękną kodą, przechodząc w równie piękną pięcioczęściową fugę, w której połączone głosy z zapierającymi dech niskimi tonami doprowadziły ten niezrównany, dramatyczny kontrapunkt do stosownego zakończenia, dedykowanego pamięci Krzysztofa Pendereckiego.

Świetnego wykonania doczekała się Sonata op. 57 Beethovena („Appassionata”), której poszarpane krawędzie zostały wygładzone wykonaniem pełnym poezji i dramatu. Dawno nie słyszałem tak pięknego wykonania, znakomicie kontrastującego z dramatycznymi przypływami wirtuozerii, lecz zawsze mieszczącego się w architektonicznym kształcie utworu. Skrupulatnie przestrzegając wskazówek kompozytora, artysta znalazł miejsce, by pokazać swoją własną osobowość, która wniosła nowe życie do tego tak ogranego utworu. Pięknie płynące Andante con moto o wspaniałych barwach w bardziej potoczystych wariacjach, aż po końcowy akord pianissimo, będący oszałamiającą zapowiedzią Allegro ma non troppo. Ostatnia część zagrana z odpowiednią dawką mroczności, jednak nawet tutaj widać było piękno w poetyckich rękach młodego artysty. Jeżeli czasami interpretował pauzy kompozytora zbyt dosłownie, zawsze służyło to jakiemuś muzycznemu argumentowi, np. po otwierającym trylu w pierwszej części czy ósemkach w pierwszej wariacji Andante, lub w ostatniej części, gdzie, co dziwne, nie trzymał się wskazówek Beethovena dotyczących pedałowania. To drobne szczegóły tego inspirującego wykonania, podczas którego prawdziwy poeta wydobywał z fortepianu piękne brzmienia.

Arystokratyczny smak Poloneza-fantazji Chopina, w którym polonez wypływał z fantazji rozpromienionych dźwięków, które pianista wydobywał od początkowych akordów, tak cudownie rozłożonych przez Chopina niczym wibrowanie po całej klawiaturze. Dało się wyczuć cudowną równowagę części środkowej, gdzie linia melodyczna unosiła się nad basowymi kontrapunktami. Głębokie nuty basowe uwalniały magię górnych rejestrów. Ozdobniki, które wypływały tak naturalnie z linii melodycznej na jednym oddechu, zupełnie jak u największych śpiewaków bel canto. Końcowe triumfalne uniesienia wydawały się trochę za wolne i po tak niezwykle pięknej grze sądzę, że pianista powinien był jednak całkowicie zauroczyć nas swoim żarliwym wykonaniem.

Co powiedzieć o demonicznej III Sonacie Prokofiewa, zagranej z taką biegłością? Kalejdoskop dźwięków, od najdelikatniejszych po najbardziej obezwładniające, również tutaj pianista dał się ponieść swojemu temperamentowi, racząc nas urzekającymi emocjami ostatnich kilku taktów.

 

Lukasz Krupinski at St Mary’s

powrót do listy recenzji

VI Festiwal kompozycji romantycznych

Następny