Impresariat

Koreańczycy zagrali Moniuszkę

Na 23. Wielkanocnym Festiwalu Ludwiga van Beethovena pod dyrekcją Yoela Levi wystąpiła Orkiestra Symfoniczna Koreańskiego Radia i Telewizji. Duma rozpierała serce, gdy muzycy z Seulu grali uwerturę do Halki.

1.

Był to elegancki ukłon w stronę kultury gospodarzy. Właśnie mija dwusetna rocznica urodzin Stanisława Moniuszki, Korean Broadcasting System Symphony Orchestra postanowiła więc przygotować uwerturę do narodowej polskiej opery. Była to interpretacja monumentalna, uroczysta, ale także żywiołowa, świetny wstęp do wieczornego koncertu.

2.

Po niej nastąpiła prezentacja nieznanego w Polsce, choć niedawno nagranego przez Orkiestrę Sinfonia Varsovia Koncertu fortepianowego koreańskiego kompozytora średniego pokolenia Jeajoona Ryu. Kształcił się on pod kierunkiem Krzysztofa Pendereckiego na Akademii Muzycznej w Krakowie, działa w Europie jako dyrygent. Jego Koncert fortepianowy (Concerto for Piano and Orchestra) to dzieło eklektyczne (pierwsza część brzmiała niczym Koncert fortepianowy G-dur Maurice’a Ravela), w którym fortepian prawie nie milknie, tworzy rozmaite nastroje, posługując się krótkimi motywami i licznymi figuracjami i pasażami przez całą klawiaturę. Dzięki soliście MacKenzie Melemedowi, utwór brzmiał momentami intrygująco, choć nie jest to dzieło, które może z miejsca podbić serce publiczności. Melemed jest jednak jego oddanym wykonawcą. To bardzo ciekawa postać – ma 24 lata i za sobą już 800 recitali (!). Uczy się pod kierunkiem najlepszych fachowców – na Juilliard School of Music studiuje u słynnego wirtuoza Emanuela Axa i Roberta McDonalda, wybitnego pianisty kameralisty. Szkoda, że nie zdecydował się na bis i nie mogliśmy usłyszeć, jak gra Beethovena, Chopina lub Schumanna.

3.

Głównym daniem, którym Koreańczycy uraczyli festiwalową publiczność, była wykonana w drugiej części wieczoru I Symfonia D-dur Gustava Mahlera. Orkiestry spoza zachodniego kręgu kulturowego, grając w Europie, stają przed wyjątkowym wyzwaniem, ponieważ grają przed osłuchaną publicznością, przyzwyczajoną do wyrafinowanych interpretacji najlepszych europejskich i amerykańskich orkiestr. Zbyt dobrze jeszcze pamiętam rewelacyjne wykonanie I Symfonii Mahlera przez London Symphony Orchestra pod dyrekcją Daniel Hardinga w Operze Narodowej w Warszawie w maju 2014 roku, aby propozycja Yoela Levi i jego koreańskiej orkiestry (jest jej szefem od ponad czterech lat) mogła mi przynieść pełną satysfakcję. Mimo że orkiestra grała ten utwór dosadnie i w statecznych tempach, słuchałam symfonii z niesłabnącą uwagą. Tak jak w przypadku I Symfonii Dymitra Szostakowicza, jest to niewątpliwie dzieło młodego geniusza (choć Mahler był o dziewięć lat starszy od Szostakowicza, gdy w wieku 28 lat ukończył swoją pierwszą symfonię), w którym są już obecne wszystkie zalążki wyjątkowego stylu tego kompozytora. Yoel Levi jest wytrawnym dyrygentem (wczoraj dyrygował tą symfonią z pamięci!). Dzięki niemu Koreańczycy mogli przybliżyć się do tego niesamowitego stopu artystycznych prądów i tradycji, jaką jest styl Mahlera, w którym melodie orkiestr wojskowych, klezmerskich muzykantów i niemiecki lendler i wiedeński walc tworzą zadziwiający konglomerat dźwiękowy, obraz środkowoeuropejskiej kultury przed I wojną światową. Do tego podskórnie obecne w symfoniach Mahlera przeczucie końca i fatalizmu losu sąsiadujące z euforycznymi nastrojami. Jak w fanfarowym wizjonerskim finale – IV część zabrzmiała w wykonaniu KBSSO najlepiej – z mocnym tutti, ładnie przeprowadzonym w smyczkach drugim, lirycznym tematem ewokującym późniejsze Mahlerowskie adagietta, i dobrą blachą, szczególnie trąbkami.

Zachęceni przez publiczność koreańscy muzycy zagrali na bis I Taniec węgierski g-moll Johannesa Brahmsa.

Anna S. Dębowska

Wtorek, 9 kwietnia, godz. 19.30, Filharmonia Narodowa

powrót do listy recenzji

VI Festiwal kompozycji romantycznych

Następny